piątek, 7 kwietnia 2017

Rozdział drugi

Sobotę Annika miała wolną od pracy, a jednak mimo tego obudziła się już chwilę po siódmej.
Nie chciała wstawać. Nie po to, żeby zacząć przeżywać dzień w mieście, do którego on wrócił.
W nocy miała problemy z zaśnięciem. Wiedziała, że pierwsza jej myśl po przebudzeniu będzie dotyczyła jego. Jak w czasach, zanim najpierw oduczyła się o nim marzyć, a potem go wspominać. Gardziła tamtą sobą, nie chciała mieć z nią nic wspólnego. Podobnie jak z nim.
Przeleżała dobrą godzinę po prostu wpatrując się w sufit i starając się myśleć o czymś innym. Bez skutku. Wciąż miała przed oczami to zamyślone spojrzenie, jakim obdarzył ją wczoraj wieczorem. Patrzyła na niego może przez kilka sekund i z dużej odległości, a mimo tego doskonale pamiętała, że marszczył brwi w wyrazie konsternacji, zupełnie tak, jakby nie był pewien, czy to ona. Dupek. Był czas, że oddałaby dla niego wszystko, a on teraz ledwie potrafił rozpoznać ją w tłumie.
Tyle przepłakanych nocy, tyle dni spędzonych na bezmyślnym wpatrywaniu się w pustą przestrzeń. Nie zasługiwał na to, żeby z jego powodu kolejną sobotę spędzała na leżeniu w łóżku i rozmyślaniu o tym, jak bardzo go nienawidzi. Podniesienie się do pozycji siedzącej wymagało od niej użycia wszystkich sił, jakimi dysponowała, nie mówiąc już o postawieniu nóg na podłodze i zrobieniu kilku pierwszych kroków w stronę łazienki. Ale udało jej się. Powoli, z każdą chwilą coraz łatwiej było jej się pogodzić z myślą, że życie toczy się nadal, niezależnie od tego, czy Michael Hayboeck wrócił do Innsbrucka, czy nie.
Przez ostatnie półtora roku wypracowała sobie rutynę, której zawsze trzymała się w wolne od pracy dni. Budziła się wcześnie, szła do łazienki, a następnie schodziła do kuchni, gdzie parzyła sobie kawę. Mocną, bez cukru i mleka. Picie jej było jedynym momentem w ciągu dnia, kiedy czuła, że naprawdę żyje. Czasami zdarzało się, że po odłożeniu pustego kubka do zmywarki zjadała płatki z jogurtem, ale częściej bywało tak, że brakowało albo płatków, albo jogurtu, więc wtedy jej pierwszym posiłkiem był obiad podawany późnym popołudniem przez mamę. Nie czuła głodu. Dzień upływał jej na oglądaniu seriali, a kiedy to robiła, nie skupiała się na sobie, ale żyła życiem bohaterów. Jeśli oni nie byli głodni – a nie byli prawie nigdy – to ona też nie była. Proste. Wieczorem kładła się spać z poczuciem, że znowu zmarnowała kolejny dzień. Nie wiedziała, czy gorsza była ta świadomość bycia nieużyteczną, czy obezwładniająca niechęć do jakichkolwiek działań mogących do odmienić.
Bardzo ją drażniło, kiedy ktoś zaburzał jej rutynę. Tak jak Stefan teraz, gdy w momencie, kiedy powinien jeszcze spać, krzątał się po kuchni i uniemożliwiał jej swobodne poruszanie się między ekspresem, a szafkami, w których znajdowały się kolorowe kubki oraz pojemnik ze zmieloną wcześniej kawą. Wchodząc do pomieszczenia, mruknęła pod nosem niezrozumiałe „dzień dobry”, sygnalizując w ten sposób, że nie ma ochoty na rozmowę, jednak brat udawał, że nie odczytał tego komunikatu.
— Wcześnie wczoraj wróciłaś — zauważył.
Annika jedynie wzruszyła ramionami. Miała nadzieję, że jeśli nie odpowie, to Stefan da sobie spokój z przeprowadzaniem wywiadu. Jednak kiedy po chwili spojrzała na niego, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście sobie odpuścił, okazało się, że patrzy na nią wyczekująco, a po nawiązaniu kontaktu wzrokowego poruszył brwiami w ponaglającym geście.
— Sara szybko się upiła i było jej już wszystko jedno, czy jestem tam z nią, czy nie — wyjaśniła niechętnie.
— Zostawiłaś pijaną koleżankę samą w klubie? — niemal wykrzyknął Stefan z udawanym oburzeniem, w które Annika prawie uwierzyła. Niestety zdradził go uśmiech czający się w kącikach jego ust.
— Jest dorosła, na pewno sobie poradziła — odpowiedziała, jednak nie brzmiała przy tym pewnie. Wiedziała, że Sarze nie mogło stać się nic złego, a jednak przez Stefana i jego żarciki zaczęła się martwić. Postanowiła, że kiedy wróci do swojego pokoju, wyśle jej SMS-a z pytaniem, czy wszystko w porządku.
Z kawą zaparzoną w ulubionym kubku z księżniczkami Disneya, usiadła przy wyspie kuchennej i dopiero wtedy zaczęła się przyglądać temu, co robi Stefan. Jak zwykle o poranku miał na sobie jedynie bokserki. Kiedyś okropnie drażniło ją to jego przyzwyczajenie, ale teraz przestała zwracać na nie uwagę. Stał przy kuchence i smażył na patelni coś, co pachniało wyjątkowo apetycznie.
— Co robisz? — spytała, nie potrafiąc ukryć zaciekawienia.
— Pancakesy — odpowiedział i, jakby dla potwierdzenia, zrzucił trzy owalne, pulchne naleśniki z patelni na talerz.
— Możesz jeść pancakesy będąc na tej swojej diecie?
Kawa była za gorąca, by móc ją pić, dlatego Annika po prostu zataczała kubkiem małe kółka na blacie wyspy.
— To jakaś fit wersja. Przepis Marisy Zobaczymy, co z tego wyjdzie — zaśmiał się.
Annika również nie umiała ukryć rozbawienia. Był czas, kiedy po zmianie trybu życia Marisa wszystkich terroryzowała zdrowymi zamienniami słodkich dań. Nic z tego – mając do wyboru jej ciasto „czekoladowe” z fasoli, a prawdziwie czekoladowe brownie ich mamy, wybór Anniki i Stefana zawsze padał na to drugie. Mimo tego Marisa nie ustawała w wysiłkach i robiła, co mogła, żeby przekonać ich do swojej kuchni.
Przyglądała się, jak Stefan przekłada naleśniki bananami, polewa polewą z masła orzechowego, a na koniec posypuje borówkami. O ile w przypadku ubrań i fryzury często okazywał się całkowitym bezguściem, tak w przypadku jedzenia cechowało go wysokie poczucie estetyki. Na białym, kwadratowym talerzu danie prezentowało się wyjątkowo apetycznie.
— Majstersztyk. — Annika z uznaniem pokiwała głową. — Zrób zdjęcie na Instagrama, zanim to zjesz.
Stefan wyprężył pierś i z dumą spojrzał na swoje dzieło.
— Proszę. — Postawił talerz przed Anniką, obok kubka z księżniczkami. — Zanim zjesz, możesz zrobić zdjęcie moim telefonem.
— Nie chcę tego jeść — odpowiedziała szybko.
— Dlaczego?
Poczuła ponowny przypływ rozdrażnienia. Stefan znów niszczył jej poranną rutynę, tym razem podsuwając pod nos gotowe śniadanie. Wiedziała, dlaczego to robił. W życiu by się do tego nie przyznał, ale martwił się o to, że w ostatnim czasie tak mało jadła, przez co wyraźnie schudła. Udawał, że go to nie obchodzi, a śniadanie dla niej zrobił ot tak, przy okazji, bo przepis był na dwie porcje, a jemu nie chciało się dzielić składników na pół. Taka sytuacja miała miejsce już nie pierwszy raz.
— Nie jestem głodna. — Szła w zaparte, pomimo tego, że zapach naleśników, teraz jeszcze bardziej intensywny, powodował zwiększoną produkcję śliny w jej ustach.
— Annika, nie rób mi tego — jęknął błagalnie. — Marisa urwie mi głowę, jeśli się dowie, że nie spróbowałaś naleśników z jej autorskiego przepisu.
Spojrzała na pancakesy ułożone na talerzu w niewielki stos. Uwielbiała połączenie masła orzechowego z bananami, a borówki ułożone na wierzchu, zatapiające się w gęstej polewie, jako jej ukochane owoce jedynie wzmagały apetyt.
— Nie jestem pewna, czy zjem taką dużą porcję — uprzedziła jeszcze, żeby Stefan nie myślał, że tak łatwo dała się przekonać.
— Po prostu spróbuj — zachęcił ją z uśmiechem.
Wrócił do smażenia reszty ciasta, podczas gdy ona odkroiła kawałek naleśników i włożyła go do ust. Połączenie słodkiego banana ze słonym masłem orzechowym maskowało nieco mdły smak pozbawionych cukru pancakesów. Jednak jako całość wszystko komponowało się świetnie i Annika nawet nie zauważyła, kiedy na jej talerzu pozostały jedynie ślady polewy. Nie umknęło to uwadze Stefana, który jednak taktownie powstrzymał się od komentarza i ograniczył jedynie do niezauważalnego dla siostry uśmieszku.
Kiedy piła kawę, a on skończył przygotowywać porcję naleśników dla siebie i usiadł naprzeciwko niej, Annika postanowiła zadać pytanie, które męczyło ją już od dawna.
— Stefan? — zaczęła niepewnie. — Tak właściwie, to dlaczego nie kupicie z Marisą własnego mieszkania?
Widelec z kawałkiem banana w dłoni Stefana zamarł w połowie drogi do jego ust. Trafił do nich dopiero chwilę później, kiedy on sam zastanawiał się nad odpowiedzią. Annika przez chwilę martwiła się, że jej pytanie było zbyt wścibskie i że podrażniła nim brata, jednak on podszedł do jej ciekawości bardzo spokojnie.
— Wiesz, jak często nie ma mnie w domu. Gdybyśmy się wyprowadzili od rodziców i zamieszkali razem, to Marisa większość czasu tak naprawdę spędzałaby sama. — Wzruszył ramionami. — Dobrze jest tak, jak jest.
Annika pokiwała głową. Wyjaśnienie Stefana brzmiało rozsądnie. Nie wiedziała, co jeszcze mogłaby w tym temacie powiedzieć, dlatego wróciła do picia kawy w milczeniu.
— Nie sądziłem, że aż tak bardzo przeszkadza ci moja obecność tutaj — zażartował Stefan po dłuższej chwili.
Uśmiechnęła się sarkastycznie, chcąc dać mu do zrozumienia, że wcale nie bawią jej takie oskarżenia.
— Jesteś jedyną osobą w tym domu, która robi za mojego szofera i kucharza. Nie poradziłabym sobie bez ciebie — odpowiedziała, wciąż tym samym, ironicznym tonem.
— Miło — skwitował, śmiejąc się.
Chcąc, nie chcąc, Annika uśmiechnęła się ponownie, jednak tym razem szczerze. I przez chwilę tak po prostu uśmiechali się do siebie – ona pijąc kawę, a on jedząc naleśniki. Jak za dawnych czasów.
W pewnym momencie Stefan wydał z siebie bliżej niezidentyfikowany dźwięk i w przypływie nagłej paniki poderwał się z krzesła.
— Co się stało? — spytała zaniepokojona Annika.
Nim odpowiedział, minęło kilka sekund, w czasie których przeżuwał to, co miał w ustach i nerwowo rozglądał się po kuchni.
— Widziałaś gdzieś mój telefon?
Wyraz twarzy Anniki powoli przerodził się ze zmartwienia w niedowierzanie. Naprawdę to z powodu zaginięcia telefonu Stefan popadł w takie roztrzęsienie? Nie była pewna, czy powinna się zaśmiać, czy może zaniepokoić nowym uzależnieniem brata.
— Nie widziałam — odpowiedziała spokojnie, decydując, że najlepiej będzie poczekać na dalszy rozwój sytuacji.
— Cholera.
Przestał się jedynie rozglądać i przeszedł do działania. Szukał telefonu na blacie przy kuchence, przekładając przy tym wszystkie brudne naczynia, puste opakowanie po jajkach i paczkę pełnoziarnistej mąki, czyniąc w ten sposób jeszcze większy bałagan.
— Do czego jest ci tak bardzo potrzebny? — Annika doszła do wniosku, że to zasadnicze pytanie, bez którego nie stwierdzi, czy Stefan ma sensowny powód dla takich desperackich poszukiwań, czy po prostu odczuwa pilną potrzebę przejrzenia mediów społecznościowych.
— Czekam na ważny telefon od sponsora — mówiąc to, otworzył lodówkę i skrupulatnie, począwszy od najwyższego piętra, zaczął wykładać jej zawartość na kuchenny blat.
Annika pokręciła głową, tym razem nie umiejąc powstrzymać rozbawienia.
— Wstrzymaj się z tym demolowaniem kuchni, przecież mogę po prostu do ciebie zadzwonić i telefon sam się odezwie — wytłumaczyła, kiedy Stefan spojrzał na nią z wyrzutem.
Najpierw uderzył się w czoło otwartą dłonią, a potem podrapał po głowie z zawstydzeniem.
— Taaak, to chyba dobry pomysł — przyznał.
Zostawiła go samego z bałaganem i poszła na górę do swojego pokoju po telefon. Kiedy wróciła, Stefan wciąż drapał się po głowie, patrząc to na niemalże pustą lodówkę, to na wyłożone na blacie produkty, zupełnie tak, jakby nie wierzył w to, że jest ona w stanie ponownie pomieścić taką ich ilość.
Jego telefon odezwał się, o dziwo, nie z wnętrza lodówki, ale z jej wierzchu, na którym był położony. Stefan uśmiechnął się, próbując ukryć zażenowanie.
— Schowałem go tam, żeby się nie pobrudził mąką — wyjaśnił, widząc pytające spojrzenie siostry. — Dzięki za pomoc.
— Nie ma za co — skwitowała, nie chcąc gnębić go jeszcze bardziej żartami, na które i tak nie miała ochoty. — Właściwie to ja dziękuję... za śniadanie — wymruczała pod nosem. — Możesz przekazać Marisie, że te pancakesy są zdecydowanie lepsze od ciasta fasolowego — dodała nieco głośniej.
— Nie ma sprawy. — Kiwnął głową. — Na pewno się ucieszy... Ale o tym cieście nie będę wspominał.
Nawet, gdyby chcieli jeszcze porozmawiać, oboje nie mieli pomysłu na żaden temat, który można by było poruszyć. Annika miała zamiar wyjść z kuchni i przenieść się do salonu, żeby rozpocząć maraton jakiegoś nowego serialu, jednak kiedy zauważyła bezradność w oczach Stefana, który wciąż przyglądał się swojemu bałaganowi, postanowiła się nad nim zlitować.
— Posprzątam to za ciebie — oznajmiła z westchnieniem.
— Naprawdę? — Stefan spojrzał na nią z radosnym niedowierzaniem.
— Tak. Idź stąd, zanim się rozmyślę.
Nie trzeba mu było tego dwa razy powtarzać. Wykonał jeszcze tylko gest, jakby zamierzał ją wyściskać, jednak powstrzymał się w ostatniej chwili i ruszył w stronę wyjścia z kuchni.
— Dzięki — rzucił na odchodnym.
Annika już chwilę później pożałowała tego gestu dobrej woli. Siedząc przy wyspie kuchennej nie widziała dobrze bałaganu, jakiego narobił Stefan. Minęło dobre pół godziny, nim pochowała wszystko do lodówki, brudne naczynia włożyła do zmywarki, a z blatu starła pozostałości po jajkach i mące. Ale kiedy już jej się udało z tym wszystkim uporać, z satysfakcją rozsiadła się na swoim ulubionym fotelu w salonie i rozpoczęła maraton nowego serialu. Tym razem jej wybór padł na „Północ Południe”. Ostatnimi czasy lubiła za sprawą telewizji przenosić się do XIX-wiecznej Anglii i podziwiać tamtejsze stroje, wnętrza i obyczaje, pomimo tego, że myśl o eleganckich dżentelmenach, którzy wraz ze swoją epoką odeszli w zapomnienie, potęgowała jej melancholię.
Serial miał tylko cztery odcinki, jednak robiła między nimi dłuższe przerwy na wykonanie prac domowych, o których prosiła ją mama i dlatego kiedy skończyła oglądać, nadszedł już wieczór. Idealna pora, żeby zapoznać się z wiadomościami z minionego dnia. Annika włączyła kanał telewizji publicznej i z wielkim bólem przeniosła się z XIX wieku do współczesności.
— Co oglądasz?
Prawie poderwała się z fotela, kiedy do salonu weszła jak zwykle uśmiechnięta Marisa. Zamiast odpowiadać na jej pytanie, Annika kiwnęła głową w stronę prezentera telewizyjnego.
— Co za nudy. — Marisa opadła na sofę i wyciągnęła nogi, które w jej przypadku sięgały do dwóch trzecich długości mebla. — Nie chcesz iść z nami na domówkę do Gregora?
— Nie — odpowiedziała krótko Annika, nawet nie odrywając przy tym wzroku od ekranu telewizora.
— Dlaczego? — Marisa sprawiała wrażenie szczerze rozczarowanej.
— Już się naimprezowałam w ten weekend.
— Ale u Gregora na pewno będziesz się bawić lepiej niż wczoraj w klubie! Wyobraź sobie, że ten głupek urządził sobie w ogrodzie pole do minigolfa — zachichotała. — Dzisiaj jest ciepło, będziesz mogła sama to zobaczyć
Annika westchnęła wymownie. Czy wszyscy ludzie z jej towarzystwa zmówili się, żeby jak najbardziej uprzykrzyć jej życie? Wczoraj Sara, dzisiaj Marisa... Coraz bardziej działał jej na nerwy ten ich brak poszanowania dla jej chęci spędzania wieczorów samotnie we własnym domu.
— Nie jara mnie minigolf — powiedziała to najbardziej chłodnym tonem, na jaki mogła się zdobyć, mając nadzieję, że ostudzi on entuzjazm Marisy.
Ta już otwierała usta, aby podjąć kolejną próbę przekonania Anniki do pójścia na imprezę Gregora, kiedy w salonie zjawił się Stefan, który postanowił zabrać głos w dyskusji.
— Marisa, daj jej spokój. Skoro nie ma ochoty, to niech nie idzie.
Nie zważając na jej pełne oburzenia spojrzenie, usiadł na tej części sofy, której nie zajmowały jej nogi.
— Ale... — zająknęła się Marisa. — Ann, nie próbowałam cię wyciągać z domu, kiedy było zimno, ale teraz mamy maj, a ty nie możesz przesiedzieć kolejnego lata oglądając seriale. Musisz gdzieś wyjść, musisz poznać nowych ludzi... — przerwała, niepewna tego, jaki skutek wywołają jej spontaniczne słowa. Uśmiechnęła się, żeby nieco załagodzić ich wydźwięk.
— Marisa, rozumiem twoją troskę, ale proszę cię, żebyś uszanowała moją decyzję i zostawiła mnie w spokoju — odpowiedziała Annika, na tyle spokojnie, na ile pozwalało jej rosnące rozdrażnienie.
Marisa nie mówiła już nic więcej. Westchnęła ze zrezygnowaniem, po czym nieco zmieszana przeniosła wzrok na telewizor. Stefan odchrząknął nerwowo.
— Chyba będziemy się już zbierać, co? — zwrócił się do swojej dziewczyny.
W odpowiedzi jedynie pokiwała głową, po czym wstała z sofy i, nie czekając na Stefana, wyszła z salonu.
— Dzwonił już do ciebie ten sponsor? — spytała Annika, przypominając sobie poranne zamieszanie.
— Jeszcze nie — odpowiedział, również wstając z kanapy. Podążył za Marisą, jednak nim wyszedł z salonu, zatrzymał się i spojrzał na siostrę. — Mogłabyś być dla niej nieco milsza. Martwi się o ciebie. Wszyscy się martwimy.
Stał tak jeszcze przez chwilę, przygryzając nerwowo wargę, ale ponieważ Annika nie zabrała głosu, a on nie miał już nic więcej do powiedzenia, wyszedł z pokoju.
Miał rację. Powinna być milsza. Ale oni powinni zrozumieć, że jeśli mówi, że nie ma ochoty na imprezy, to nie ma i nawet jeśli zmuszą ją do wyjścia, to wcale nie będzie się dobrze bawić.
Zmieniła kanał na jakiś komediowy, bo straciła chęci do słuchania o zbliżających się wyborach prezydenckich, w których i tak nie zamierzała głosować i o kryzysie migracyjnym Europy, na rozwiązanie którego i tak nie miała żadnego wpływu. Wsłuchiwała się w sztuczny śmiech nieistniejącej widowni sitcomu i rozmyślała nad tym, jakie danie na jutrzejszy obiad przygotuje jej mama.
Odcinek nieznanego jej serialu dobiegł końca, a ponieważ po przerwie reklamowej mieli być puszczani „Przyjaciele”, Ann zmieniła pozycję na fotelu na wygodniejszą. Zapowiadał się całkiem przyjemny wieczór.
Do czasu.
Właśnie kończył się drugi odcinek „Przyjaciół”, kiedy usłyszała wibracje telefonu dochodzące gdzieś spomiędzy poduszek ułożonych na sofie. Najpierw rozejrzała się w poszukiwaniu swojego smartfona, a kiedy znalazła go tam, gdzie go zostawiła, czyli na stole, podniosła się z fotela w celu sprawdzenia, do kogo należy ten drugi. Tak, jak się obawiała, był to telefon Stefana. Na szczęście wibracje były spowodowane SMS-em od mamy, jednak skąd miała mieć pewność, że sponsor, który był tak ważny dla jej brata, nie zadzwoni na przykład za chwilę? Jako dobra siostra nie mogła tak po prostu zignorować faktu, że telefon Stefana został w salonie, podczas gdy on sam przebywał na domówce Gregora. Musiała się tym zająć, niezależnie od tego, jak bardzo wciągnęły ją perypetie „Przyjaciół”. Znalazła w kontaktach u siebie numer Marisy i wykonała połączenie. Chciała poinformować Stefana, że zostawił w domu telefon, bo, znając go, nie zauważyłby tego do końca imprezy, jednak Marisa nie odebrała ani za pierwszym, ani za drugim i trzecim razem. Annice nie udało się również dodzwonić do Gregora. Nie miała wyjścia – musiała osobiście pofatygować się do domu Schlierenzauera i dostarczyć roztargnionemu bratu jego narzędzie kontaktu ze światem. Z wielkim bólem wyłączyła telewizor i, usprawiedliwiając swoją niechęć do przebierania się z leginsów w dżinsy i wykonywania makijażu tym, że nie ma czasu do stracenia, bo sponsor może zadzwonić w każdej chwili, wyszła z domu.
Niecałą godzinę później, po niezbyt komfortowej przejażdżce komunikacją miejską, dotarła pod drzwi domu Gregora Schlierenzauera.

*

Michi wrócił do domu, żeby uciec przed samotnością, a teraz, po spędzeniu całego poprzedniego dnia w centrum zainteresowania matki, a nocy na imprezowaniu z Alexem, potrzebował jej jak powietrza. Właśnie dlatego zaraz po przebudzeniu, bez śniadania, wsiadł do auta ojca i przyjechał do jednego z tych miejsc w Innsbrucku, za którymi tęsknił najbardziej.
Bergisel. Piękna i wzniosła nawet, a może szczególnie teraz, kiedy tłum kibiców nie zakłócał jej spokoju. Zawsze lubił ją właśnie taką – pustą i cichą. Była otwarta, więc nie musiał przeskakiwać przez ogrodzenie tak, jak to robił wiele razy. Wszedł na jej teren i stanął na szczycie trybun, skąd roztaczał się najlepszy widok na cały obiekt.
To tutaj oglądał pierwsze konkursy, to tutaj oddawał swoje pierwsze skoki na dużej skoczni, to tutaj zaczęła się jego miłość do tego sportu. Gdyby nie Bergisel, nie odnalazłby swoje pasji i sensu życia, nie osiągnąłby swoich sukcesów. To nie była tylko skocznia, ale potężna siła, która go stworzyła. Właśnie dlatego w gorszych chwilach przychodził do niej jak po radę do starej przyjaciółki. Siadał na trybunach tak, jak teraz i zastanawiał się, jak nawrócić swoje życie na właściwe tory. Brakowało mu tego w ciągu minionych dwóch lat, kiedy rezygnował ze startów w Innsbrucku „ze względów osobistych”.
Zwykle nikt nie zakłócał jego rozmyśleń, bo Michael dobrze wiedział, o jakich porach tu przychodzić, aby tego uniknąć, ale tym razem było inaczej. Znajomy głos wołający jego imię, dochodzący z okolic wejścia na trybuny, wyrwał go z medytacji. Kiedy spojrzał w tamtą stronę, jego oczom ukazała się wysoka sylwetka machająca do niego entuzjastycznie. Z tej odległości nie mógł dostrzec twarzy, dlatego niechętnie podniósł się z siedzenia i ruszył w jej stronę. Kilka kroków wystarczyło, aby rozpoznał w tej postaci Gregora Schlierenzauera.
Była to jedna z nielicznych osób w drużynie, z którą utrzymywał przyjacielskie relacje. Większość kolegów odsunęła się od niego, kiedy przechodził ten trudny okres, o którym teraz tak bardzo chciał zapomnieć. Natomiast Gregor go rozumiał, a przynajmniej próbował to robić, zawsze służył dobrą radą, czy po prostu miłym słowem. Właśnie dlatego na jego widok rozdrażnienie wywołane wytrąceniem z rozmyślań natychmiast opuściło Michiego. Nie widzieli się od marca, od czasu zakończenia sezonu. Te dwa miesiące wystarczyły, żeby Hayboeckowi po prostu zaczęło go brakować.
Przybił piątkę z Gregorem i, nie potrafiąc ukryć uśmiechu, który pchał się na jego usta, zadał pytanie, które tak bardzo go ciekawiło:
— Co tu robisz?
Schlieri nie odebrał tego za niegrzeczne. Uśmiechnął się półgębkiem, po czym w odpowiedzi na pytanie uniósł pokrowiec na aparat, który miał zawieszony na lewym ramieniu.
— Mała fotorelacja z tego, jak Bergisel wygląda poza sezonem — dodał. — Hej, Hayboeck! — zawołał nagle, wprawiając tym Michiego w niewielkie oszołomienie. — Dobrze cię znów widzieć na starych śmieciach! Na jak długo przyjechałeś?
Znów to pytanie, które padło już z ust jego matki, a potem ojca. Dlaczego nikomu nawet przez myśl nie przeszło to, że mógł po prostu wrócić do domu?
— Na stałe — odpowiedział.
Uśmiech Gregora stał się szerszy, co nieco podniosło na duchu Michaela. Dobrze wiedzieć, że nie tylko jego rodzina cieszy się z jego powrotu.
— To jeszcze lepiej! — stwierdził entuzjastycznie Schlieri, nawiązując do znanej tylko sobie myśli. — Robię dzisiaj wieczorem domówkę, więc skoro już tu jesteś, to może zechciałbyś wpaść? — wyjaśnił, widząc zdezorientowane spojrzenie kolegi.
Michael zawahał się. Dobrze wiedział, kto również otrzymał zaproszenie na domówkę Gregora i bynajmniej nie były to osoby nastawione do niego przychylnie. Przyjechał tutaj, żeby przywrócić wszystko w swoim życiu, w tym również stosunki towarzyskie, do stanu sprzed dwóch lat, ale nie był pewien, czy takie nagłe zjawienie się na kameralnej imprezie nie wywoła odwrotnego skutku. Przestąpił nerwowo z nogi na nogę, zastanawiając się, w jaki sposób odmówić Gregorowi tak, aby go do siebie nie zniechęcić.
— Nie jestem pewien, czy będę mile widzianym gościem — odpowiedział ostrożnie.
Gregor westchnął, po czym przeczesał włosy palcami, jak zawsze, gdy się nad czymś zastanawiał.
— Daj spokój — powiedział wreszcie. — To moja impreza, w moim domu, a w moim domu jesteś zawsze mile widzianym gościem.
Słysząc te słowa, Michi znów nie potrafił się nie uśmiechnąć. Przypomniały mu one, że to właśnie Gregor był jednym z powodów, dla których nie zakończył swojej kariery i nie odszedł od austriackiej kadry.
— Postawiłem sobie w ogrodzie pole do minigolfa... — dorzucił Schlieri, niby mimochodem, ale szelmowski uśmiech zdradzał jego prawdziwe intencje.
Doskonale wiedział o zamiłowaniu Michiego do gry w golfa. Ta wzmianka była niczym as w rękawie, który zachował specjalnie na ostatnie zagranie. Zaciekawienie w oczach kolegi jedynie potwierdziło jego przypuszczenia odnośnie tego, że jego najnowszy nabytek to coś, wobec czego nie będzie potrafił przejść obojętnie.
— Poważnie? — zaśmiał się Michael. — Stary, nie wierzę. Nawet ty nie jesteś aż tak głupi.
Gregor puścił tę ostatnią uwagę mimo uszu. Michi domyślił się, że pewnie po prostu przywykł do takiej reakcji ze strony osób, które informował o swoim nowym polu do minigolfa.
— Nie jest duże, bo nie miałem zbyt wiele miejsca, ale w sam raz, żeby się dobrze bawić — wytłumaczył rzeczowym tonem Schlieri. — To jak, wpadniesz?
Wątpliwości Michaela powróciły, jednak ciekawość wzięła górę.
— Taaak, myślę, że tak. Wpadnę na chwilę zobaczyć tego twojego minigolfa — obiecał.
— Świetnie. — Gregor wyszczerzył zęby w swoim idealnym uśmiechu. — Ja będę już lecieć, muszę jeszcze wszystko przygotować. Do zobaczenia wieczorem. — Poklepał Michiego w lewe ramię.
— Do zobaczenia — odpowiedział Hayboeck.
Gregor odszedł, ale on nie potrafił znów usiąść na trybunach i wrócić do swoich rozmyślań. Rozmowa z nim pozbawiła go tej melancholii, która go tu przywiodła. Nie pozostało mu nic innego, jak opuścić teren skoczni i wrócić do domu na spóźnione śniadanie. A właściwie już wczesny obiad, jak się okazało, kiedy przybył na miejsce. Zjadł go w towarzystwie rodziców i młodszego brata – jak za starych, dobrych lat. Wprawdzie przy rodzinnym stole brakowało jeszcze Stefana, ale tylko dlatego, że jako jedyny postanowił opuścić to hayboeckowe gniazdko i uwić własne. Poza tym wszystko sprawiało wrażenie, jakby powoli wracało do normy.
Reszta dnia upłynęła zadziwiająco szybko. Po obiedzie Michi zagrał z Alexem w FIFĘ, a następnie razem zrobili krótki trening, na który składały się jogging i ćwiczenia w przydomowym ogródku. Kiedy skończyli, dochodziła osiemnasta, czyli najwyższy czas, aby zacząć się szykować na domówkę Gregora.
Michi nigdy nie był typem, który przywiązywał dużą wagę do swojego wyglądu. Owszem, zawsze pilnował tego, żeby jego ubrania były czyste i niezbyt pogięte, ale nie spędzał długich godzin w galeriach handlowych na ich kupowaniu, a potem w domu przed lustrem na dopasowywaniu do siebie. Zresztą jego stylizacje zazwyczaj stanowiły dżinsy i T-shirt, więc przy takim zestawieniu nawet nie było co kombinować. Teraz również założył czarne spodnie i szarą, luźną koszulkę. Włosy ułożył w przeciągu kilkunastu sekund swoim wypróbowanym sposobem i już chwilę później wyszedł gotowy z domu.
Gregor nie mieszkał daleko, dlatego całą drogę pokonał pieszo. Im bliżej celu się znajdował, tym bardziej zwalniał kroku, a kiedy dom Schlieriego pojawił się w zasięgu jego wzroku, zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby zawrócić i zobaczyć to pole do minigolfa innym razem. Przez cały sezon zimowy unikał integracji z kolegami z kadry, a teraz tak po prostu miał przyjść na tę domówkę i udać, że wcale nie zauważył, że w ciągu minionych dwóch lat odsunęli się od niego i że nagle nabrał ochoty na zabawę z nimi?
A może to było właśnie to, co powinien zrobić? Może jeśli uda, że wszystko jest tak, jak dwa lata temu, to ten porządek rzeczy istotnie powróci? Prędzej czy później będzie musiał stawić czoła kolegom, bo nic nie osiągnie ukrywając się w domu. Lepiej będzie mieć to już za sobą – z tą myślą Michael pokonał ostatnie kroki dzielące go od posiadłości Gregora Schlierenzauera.
Gospodarz przywitał go szerokim uśmiechem i mocnym uściskiem szczupłych ramion.
— Jednak jesteś. Nie byłem pewien, czy przyjdziesz — wyznał Gregor, wpuszczając do go wnętrza domu.
Słysząc to, Michael skrzywił się ironicznie.
— Ja do samego końca też nie — odpowiedział.
Wraz z Gregorem udał się do ogrodu na tyłach domu, po drodze zgarniając z lodówki butelkę Ottakringera. Zanim wyszedł na taras, otworzył ją i pociągnął kilka dużych łyków. Tak dla rozluźnienia.
— Patrzcie, kto postanowił nas odwiedzić! — Gregor entuzjastycznym tonem zapowiedział jego nadejście zupełnie tak, jakby próg drzwi balkonowych miał zaraz przekroczyć sam Walter Hofer.
Być może to właśnie dlatego podzielone na grupki towarzystwo nie przywitało go głośnym aplauzem, ale czymś na kształt westchnięcia pełnego zdziwienia wymieszanego z rozczarowaniem.
— Cześć — rzucił w przestrzeń, unosząc dłoń w powitalnym geście i siląc się na uśmiech.
Odpowiedziały mu pojedyncze pomruki dochodzące z różnych miejsc tarasu i ogrodu. Tak, jak się spodziewał, jego powrót do Innsbrucka nie wywołał powszechnej euforii, a raczej coś zgoła przeciwnego. Był pewien, że przed jego przyjściem rozmowy prowadzone przez gości Gregora były dużo żywsze, a ludzie nie wymieniali ze sobą porozumiewawczych spojrzeń, które zapewne miały pozostać przez niego niezauważone, jednak nikt nie przykładał większych starań do tego, aby tak się stało. Michael spodziewał się takiego obrotu spraw, dlatego nie poczuł się zawiedziony czy dotknięty. Martwił go jedynie fakt, że po odejściu Gregora nie będzie miał co ze sobą zrobić i prawdopodobnie spędzi cały wieczór na samotnym piciu piwa. A przecież nie po to tu przyszedł. Dlatego kiedy Schlieri odszedł, aby zabawiać resztę gości, wcześniej jednak z niemałym zadowoleniem pokazawszy mu swoje pole do minigolfa, Michael zaczął dyskretnie przyglądać się zgromadzonym ludziom z nadzieją na to, że znajdzie chociaż jedną osobę, która będzie miała ochotę z nim porozmawiać, a jednocześnie nie będzie to Schlierenzauer. I właśnie wtedy jego wzrok padł na niego. Niegdyś jego najlepszy przyjaciel, teraz pierwsza osoba, która zepchnęłaby go z najwyższej belki Vikersundbakken z poluzowanymi wiązaniami przy nartach, gdyby miała taką możliwość. Facet, którego traktował jak swojego trzeciego brata; dla którego zrobiłby wszystko, a który tak po prostu skreślił go z powodu pewnej sytuacji, która dla Michaela była tak błaha, że gdyby nie jej następstwa, już dawno by o niej zapomniał. Stefan Kraft stał przy murowanym grillu razem ze swoją dziewczyną Marisą i bez żadnego skrępowania wpatrywał się w niego, próbując zabić go wzrokiem. Gdyby to spojrzenie istotnie mogło zabijać, w przeciągu minionych dwóch lat Michael umarłby już tysiące razy.
Najgorsze było to, że nie umiał odwzajemnić nienawiści Stefana. Wciąż widział w nim swojego najlepszego przyjaciela i wciąż miał nadzieję, że kiedyś dojdą do porozumienia. A ta nadzieja nie ułatwiała mu życia, bo potęgowała ból spowodowany odrzuceniem. Michael dobrze wiedział, że już nigdy nie odzyska przyjaźni Stefana. Za dobrze go znał, by móc na to liczyć. Dlatego marzył o tym, żeby ten przynajmniej przestał żywić do niego urazę i od czasu do czasu uprzejmie się uśmiechnął. Nic więcej. Niestety nie zapowiadało się na to, żeby w najbliższej przyszłości miało nastąpić takie ocieplenie ich relacji. Mordercze spojrzenie Stefana było na to najlepszym dowodem.
— Mam ze sobą Heinekena. — Głos dochodzący gdzieś z jego prawej strony wyrwał go z zamyślenia i zmusił do odwrócenia wzroku od Stefana.
Thomas Hofer uśmiechał się do niego i patrzył znacząco na trzymaną przez niego butelkę Ottakringera.
— Mogę się z tobą podzielić, jeśli chcesz — dodał.
Zaskoczony Michael potrzebował chwili, żeby zrozumieć, o czym mówi Thomas. Początkowo w ogóle nie był pewien, czy jego słowa są skierowane do niego, dlatego nim zaczął się zastanawiać nad tym, co odpowiedzieć, rozejrzał się dookoła.
— Kurwa, Hayboeck, do ciebie mówię! — Hofer klepnął go w ramię z siłą, o jaką Michael nigdy by go nie posądził. — Widzisz tu kogoś innego pijącego Ottakringera?
— Te, młody, nie pozwalaj sobie — odparował Hayboeck, odsuwając się od niego na bezpieczną odległość.
Thomas trochę się zmieszał, jednak nie odszedł tak, jak spodziewał się tego Michi. Zamiast tego wciąż wpatrywał się w niego z wyczekiwaniem. Dopiero to skłoniło Michiego do przyjrzenia się swojemu piwu, do którego tak bardzo przyczepił się jego rozmówca. Ne była to górna marka, ale czy rzeczywiście taka zła? No dobrze, to pytanie nie było tym, które powinien sobie zadać. Należało się raczej zastanowić nad tym, dlaczego Thomas Hofer tak bardzo chciał się z nim podzielić swoim Heinekenem.
— Jak dla mnie Ottakringer jest w porządku — odpowiedział ostrożnie, puszczając w niepamięć to śmiałe klepnięcie, jakim obdarzył go Hofer i jednocześnie zastanawiając się, czy jego propozycja nie jest jakąś podpuchą. Co jeśli w piwie od niego znajdowałaby się dosypana przez Krafta trucizna?
— Jak wolisz. — Thomas wzruszył ramionami.
Przez chwilę obaj w milczeniu przyglądali się grającym w minigolfa na nowym polu Gregora. Istotnie nie było ono duże, ale za to bardzo pomysłowe i ciekawe. Michi postanowił, że kiedy już minie zwiększone zainteresowanie nim, nie odmówi sobie partyjki.
— Fajnie, że wróciłeś — Thomas jako pierwszy odezwał się ponownie. — Może wreszcie coś się tu zacznie dziać. — Mrugnął porozumiewawczo.
— Widzę, że plotki szybko się rozchodzą. Tylko Gregor wiedział, że przyjechałem tu na stałe — odpowiedział Michi, odnosząc się do pierwszej części wypowiedzi kolegi, całkowicie ignorując drugą.
— Wiesz, ta plotka wywołała niemałą sensację.
— Poważnie? — Pozornie od niechcenia Michi zachęcił go do rozwinięcia tematu. Aby wzmocnić wrażenie, jakoby niewiele go to interesowało, pociągnął z butelki łyk swojego piwa.
— Mówiłem już – niewiele się tu dzieje. Wszyscy liczymy na jakąś dramę z tobą i Stefanem w roli głównej.
Michi spojrzał na niego, nie będąc pewnym, czy powinien się zaśmiać, czy może raczej porządnie mu przyłożyć. Widząc jego przyjazny uśmiech, odrzucił drugą opcję, ale nie zdecydował się też na pierwszą. Bezwiednie zmrużył oczy i zmarszczył brwi, zastanawiając się, czy Thomas Hofer właśnie sobie z niego kpi, czy może rzeczywiście z jakiegoś dziwnego powodu mógłby chcieć się z nim zakumplować. Na wszelki wypadek postanowił pozostać ostrożnym. W jego położeniu nierozsądne byłoby zniechęcanie do siebie jednej z niewielu osób, które w ogóle miały ochotę z nim rozmawiać, z drugiej jednak strony nie mógł młodemu tak po prostu zaufać. A poza tym nie podobał mu się fakt, że on – Michael Hayboeck, zdobywca Kryształowej Kuli w sezonie 2012/2013, złoty medalista mistrzostw świata, duma narodu austriackiego i swego czasu ulubieniec mediów – miałby zabiegać o sympatię jakiegoś młokosa, który w kadrze, a zarazem w skocznym towarzystwie znalazł się tylko za sprawą nazwiska. Postanowił zatem pozostać w stosunku do całej sprawy sceptycznym, przynajmniej dopóki nie pozna intencji Thomasa. A przy okazji spróbować wzmocnić swój autorytet, który, co było widać na załączonym obrazku, w ostatnim czasie mocno osłabł.
— Słuchaj, młody — zaczął ostrym tonem. — Dam dobrą radę tobie i tym wszystkim, o których wspomniałeś. Zajmijcie się swoim życiem i zostawcie w spokoju moje, okej?
Śmiały uśmieszek Hofera wreszcie zniknął z jego twarzy, a on sam nagle zaczął sprawiać wrażenie kilka centymetrów niższego. Michi odnotował ten fakt z zadowoleniem. Najwyższa pora, aby odzyskać tę pozycję w kadrze, którą utracił wraz ze swoją życiową formą.
Thomas zamruczał coś w odpowiedzi, ale Michael już go nie słuchał. Nie dlatego, że tak mało obchodziły go jego słowa. Wręcz przeciwnie, wiedział, że powinien okazać mu trochę zainteresowania, bo jego sympatia mogła mu się przydać – w końcu tonący chwyta się brzytwy. Po prostu dostrzegł w tym momencie inną osobę, która zaabsorbowała całą jego uwagę.
Annika Kraft ze swoją drobną budową ciała i słodką twarzyczką uchodziła za najładniejszą dziewczynę w towarzystwie, jednak Michael dostrzegał w niej jedynie źródło swoich problemów i przyczynę rozpadu przyjaźni ze Stefanem. Wiele o niej myślał w przeciągu ostatnich dwóch lat i bynajmniej nie były to myśli dobre. Poprzedniego dnia w klubie w pierwszej chwili jej nie rozpoznał. Zmieniła się. Nie chodziło tylko o to, że schudła – zachowywała się zupełnie inaczej niż ta Annika, którą Michi pamiętał ze wspólnych imprez. Siedziała przy barze, wodziła po parkiecie obojętnym spojrzeniem i wydawała się przy tym w ogóle nie czuć muzyki, która wręcz porywała do tańca. Dawniej taka sytuacja nie miałaby miejsca. Gdy Michael wyobrażał sobie Annikę w klubie, widział ją wirującą z gracją między ludźmi, roześmianą, pełną energii, a przede wszystkim – obrzydliwie pijaną. W takim stanie łatwiej było podrywać chłopaków, a właśnie to było jedynym powodem, dla którego ona i jej koleżanki przychodziły na imprezy. Puste laleczki, córeczki bogatych rodziców, które można było łatwo poderwać przy pomocy jednego uśmiechu i drinka.
Nie był pewien, dlaczego postanowił podejść do niej i z nią porozmawiać. Być może zaciekawiła go ta jej zmiana, a może po prostu chciał jej powiedzieć to, co mówił jej w myślach już tysiące razy. Nie dowiedział się tego, bo zniknęła mu z oczu, kiedy przepychał się do niej między spoconymi ludźmi.
Teraz, gdy patrzył na nią, rozmawiającą o czymś ze Stefanem i Marisą, uświadomił sobie, jak wielkie miał szczęście, że ostatecznie do niej nie dotarł. Pod wpływem impulsu i śmiałości spowodowanej alkoholem, mógłby powiedzieć za dużo i w ten sposób ostatecznie przekreślić swoje szanse na pogodzenie się ze Stefanem. Nie taką drogę powinien obrać. W przeciągu ułamka sekundy wszystko stało się dla niego jasne.
— … więc gdybyś jednak chciał pójść na jakąś imprezę i, no wiesz, powyrywać jakieś laski, to daj mi znać — Thomas nawijał w najlepsze, jednak dopiero ten fragment ostatniego zdania został wyłapany przez świadomość Michaela.
— W najbliższym czasie zamierzam skupić się na treningach — odpowiedział, nadając swojemu głosowi nieco pogardliwy ton. Ktoś musiał tego dzieciaka ustawić do pionu.
Znów nie usłyszał odpowiedzi Hofera, jednak tym razem dlatego, że po prostu od niego odszedł. Zapomniał o tym, że postanowił go do siebie nie zniechęcać – miał teraz ważniejsze sprawy do załatwienia. Annika weszła sama do domu Gregora, dlatego postanowił to wykorzystać i podążył za nią. Udała się do kuchni, gdzie wyjęła z lodówki butelkę wody i nalała jej trochę do szklanki. Mogąc przyjrzeć jej się z bliska, Michael zauważył, że nie tylko schudła, lecz także wyładniała. W jej spokojnych ruchach było coś, na co jako mężczyzna nie mógł pozostać obojętny. To dziwne, ale właśnie teraz, po dwudziestu latach ich znajomości, pomyślał o niej jak o atrakcyjnej dziewczynie, a nie młodszej siostrzyczce swojego przyjaciela. Wcale nie podobał mu się ten stan rzeczy.
— Cześć — powiedział, chcąc odwrócić swoją uwagę od niechcianych myśli i skupić ją na rozmowie.
Annika, która do tej pory nie zdawała sobie sprawy z jego obecności, wykonała gwałtowny ruch całego ciała, prawie krztusząc się przy tym wodą. To uświadomiło Michiemu, jak nieodpowiedzialnie się zachował, strasząc ją w taki sposób. Gdyby udławiła się z jego winy, Stefan znienawidziłby go już całkiem.
— Cześć — odpowiedziała, nie patrząc przy tym na niego.
Była wyraźnie zmieszana tą sytuacją. Michael był pewien, że chętnie by go zignorowała i wróciła do ogrodu, gdyby nie fakt, że stał na drodze do wyjścia z kuchni. Zamiast tego oparła się o blat kuchenny i nerwowo obracała pustą już szklankę w dłoniach, wbijając przy tym wzrok w jakiś bliżej nieokreślony punkt na ścianie naprzeciwko.
Nie wiedział, w jaki sposób zacząć rozmowę. Nie zastanawiał się nad tym, kiedy tutaj szedł. Ostatecznie postanowił, że najbezpieczniej będzie na początek poruszyć jakiś niezobowiązujący temat.
— Widziałem cię wczoraj w klubie — wyznał.
Dziwnie było tak stać przy niej i mówić spokojnym tonem, podczas gdy przez ostatnie dwa lata w myślach obsypywał ją najróżniejszymi wyzwiskami. Podejrzewał, że ona też nie wspominała go najlepiej, skoro Stefan wciąż miał do niego taki, a nie inny stosunek.
— I co w związku z tym? — spytała, nie odrywając wzroku od ściany.
— Dlaczego uciekłaś?
Okej, to pytanie z całą pewnością nie było niezobowiązujące. Jednak kiedy to sobie uświadomił, było już za późno.
— Pytasz serio? — Tym razem Annika śmiało spojrzała na niego, a wtedy dostrzegł, że w jej oczach nie pozostało już nic z tamtej dziewczynki, którą była jeszcze dwa lata temu. Musiała unieść wysoko głowę, żeby nawiązać z nim kontakt wzrokowy, jednak to wcale nie odebrało jej pewności siebie, którą zupełnie nagle zaczęła emanować. — Michael, to nie jest zabawne — dodała, kiedy po upływie kilku sekund nie odpowiedział na jej pytanie.
— Przecież nikt się tutaj nie śmieje — zauważył, nieco zbity z tropu, ale przede wszystkim zły na siebie, że nie poprowadził tej rozmowy inaczej.
— A mimo tego mam wrażenie, że próbujesz sobie ze mnie zażartować.
Gdyby ktoś jeszcze pięć minut temu powiedział mu, że poczuje się niezręcznie za sprawą oskarżającego spojrzenia Anniki Kraft, kazałby mu się postukać w głowę. Taki rozwój sytuacji wydawał się zupełnie nieprawdopodobny, a jednak teraz to on miał ochotę odwrócić wzrok i znaleźć jakąś rysę na ścianie, na której mógłby go skupić. Coś w brązowych oczach siostry Stefana sprawiało, że rzeczywiście czuł się winny. I, co gorsze, nie potrafił wydusić z siebie ani słowa.
— Wybacz, ale nie mam ochoty z tobą rozmawiać — oznajmiła po kolejnej dłuższej chwili.
Nie przejmowała się już tym, że zagradza jej drogę do wyjścia z kuchni. Minęła go, a on wciąż nie był w stanie w żaden sposób zareagować. I to by było na tyle, jeśli chodzi o realizację jego jedynego sensownego planu. Wszystko spierdolił – jak zawsze.
Ciche gwizdnięcie, które dobiegło zza ściany, tylko spotęgowało jego rozdrażnienie. Obrócił się w tamtą stronę z zamiarem wytłumaczenia nieznajomej osobie, która je wydała, że nie powinno się podsłuchiwać cudzych rozmów. Ale wtedy okazało się, że ta osoba wcale nie jest taka nieznajoma, bo w kuchennych drzwiach pojawił się Manuel Fettner.
Michael zaklął cicho. Gorzej już chyba być nie mogło.
— Stary, nie chcę cię martwić, ale tutaj nic nie zwojujesz. Nasza Ann jest bardzo odporna nawet na najbardziej wyszukany podryw, a co dopiero na tak beznadziejny, jak twój — radosnym tonem oznajmił Manuel, uśmiechając się przy tym drwiąco.
Słysząc to, Hayboeck prychnął głośno. Potrzebował całej swojej silnej woli, żeby oprzeć się pokusie, jaką podsuwało mu jego urażone męskie ego, czyli wyjawieniu Manuelowi pewnego faktu dotyczącego przeszłości. Kto, jak kto, ale on zdecydowanie nie był najlepszą osobą do zwierzeń.
— Nie zamierzałem jej podrywać — wyjaśnił zamiast tego.
— Jasne, jasne. — Fettner skrzyżował ręce na piersi i oparł się o framugę drzwi. Jego uśmiech z każdą chwilą stawał się coraz bardziej bezczelny.
Boże, jak ten koleś potrafił mu zadziałać na nerwy!
Michael wiedział, że nie powinien dać mu się sprowokować, ale niestety wiedza nie zawsze przekłada się na czyny.
— Gdybym chciał, z łatwością bym to zrobił — wypalił, niewiele myśląc.
— Och, nie wątpię — odpowiedział sarkastycznie Manuel. — Jeśli potrzebujesz dodatkowej motywacji, to nawet mogę się z tobą założyć o to, że nie dasz rady zaciągnąć jej do łóżka. Ale lojalnie uprzedzam, że wiele się zmieniło w czasie twojej nieobecności.
Czuł, że drży z nerwów i z każdą sekundą robi się coraz bardziej czerwony na twarzy. Najpierw pozbawił się jedynej szansy na poczynienie jakiegoś postępu w sprawie Stefana, a teraz dał się wciągnąć w bezsensowną rozmowę. Nienawidził, gdy ktoś sobie z niego kpił, a tym bardziej, gdy tą osobą był Manuel Fettner. Miał ochotę przyjąć jego zakład, żeby udowodnić mu, że się myli. Żeby udowodnić jemu, ale też wszystkim innym, że Michael Hayboeck wcale nie skończył się w sezonie 2013/2014, ale wciąż w nim drzemie i obudzi się, kiedy sam tego zechce. Przez jedną krótką chwilę był bliski uściśnięcia dłoni Fettnera, ale potem przypomniał sobie o kimś ważniejszym niż urażone ego. O Stefanie, którego przyjaźni nie odzyska, jeśli uczyni z jego siostry przedmiot zakładu z Manuelem Fettnerem.
— Nie będę się z tobą o nic zakładał — powiedział zdecydowanym tonem.
— Nie to nie. — Manuel wzruszył ramionami. — Ale gdybyś jednak potrzebował pomocy, to ja ci jej chętnie udzielę. — Na potwierdzenie swoich słów mrugnął do niego porozumiewawczo.
— Dzięki, ale chyba nie skorzystam — odparł Michi, ucinając temat.
Teraz to on minął Manuela, po czym udał się z powrotem do ogrodu. Zrobił to tylko ze względu na Gregora. Doceniał jego zaproszenie i w ogóle tę sympatię, jaką go darzył, dlatego nie chciał opuszczać jego imprezy po niespełna godzinnym pobycie na niej. Spędził wieczór wśród ludzi, z niektórymi nawet rozmawiając, jednak myślami był zupełnie gdzie indziej. Przy Annice, która zniknęła z przyjęcia równie niespodziewanie, jak się na nim pojawiła.
Kiedy zobaczył ją dzisiaj razem ze Stefanem, zrozumiał jedną rzecz. Droga do niego wiodła przez nią. Nie było szans, żeby odzyskał jego przyjaźń, jeśli najpierw nie zyska sympatii Anniki. Jeśli ona mu wybaczy, to Stefan nie będzie miał już żadnego powodu, żeby żywić do niego urazę. I nic nie szkodzi, że w swoim mniemaniu Michael nie był niczemu winien. Jego przyjaciel był wart tego, żeby się upokorzyć i okazać skruchę. Nie zamierzał się poddawać. Annika nie mogła zmienić się zupełnie, na pewno zostało w niej coś z tamtej słodziutkiej osiemnastolatki, która miała do niego taką ogromną słabość.
Jedyne, co musiał zrobić, to znaleźć to i wykorzystać.

***

Cześć!
Na początek przepraszam, że musiałyście na ten rozdział tak długo czekać. Niestety, kolejny też raczej nie pojawi się szybciej, niż przed upływem dwóch miesięcy. Mam nadzieję, że rozumiecie.
W związku z tym, że pisałam ten rozdział na raty, ma on lepsze i gorsze fragmenty, co pewnie widać. Poza tym ciężko jest mi się dogadać z bohaterami, głównie z Michaelem. Nie mam czasu, żeby na spokojnie siąść i zastanowić się nad jego postacią, a przez to źle mi się o nim pisze. Jest zupełnie inny niż w moim poprzednim opowiadaniu, tutaj też poświęcam mu więcej uwagi i cały czas towarzyszy mi taki lęk, że go zepsuję. W ogóle nie mogę się przyzwyczaić do narracji trzecioosobowej, bo przez ostatnie kilka lat pisałam tylko w pierwszoosobowej, no i dlatego to wszystko wygląda, jak wygląda. Mam jednak nadzieję, że rozdział nie jest tragiczny i że nie zniechęca Was całkiem. Celowo nie wspomniałam o niektórych sprawach i tylko lekko nakreśliłam całą sytuację, żeby Was zaciekawić. No właśnie - dajcie znać w komentarzach, czy mi się to udało :) Wiem, że pierwszy fragment rozdziału może być nudnawy, ale tutaj chodziło mi raczej o to, żeby przybliżyć Wam postać Anniki i ukazać jej relacje ze Stefanem.
Podsumowując: nie uważam ten rozdział za najlepszy, no ale dodaję go, bo co zrobię. Może jak będę miała więcej czasu, to wrócę do niego i poprawię to i owo.
Czekam oczywiście na Wasze opinie :)
Pozdrawiam! 

Czytasz? Komentujesz?

Obserwatorzy